Darmowy czat bez meldowania

Powrót do strony głównej: proszę zrobić klik!

Pobiera... Jeśli to trwa dłużej, proszę zrobić klik!

Dlaczego Pogaduszki? - Dlaczego Prywatne Pokoje? - Jak Dodać Swój Avatar? - Reportaże - Świecą Gwiazdy Świecą - Szczęśliwe Numerki - Co Za Radio - Pomoc w "ogarnięciu czata"

Wspomnienia Hani Droberg

Hania Droberg z Nowego JorkuBędąc w Hiszpanii na wypoczynku i zbieraniu materiału do publikacji dla mojego dziennika, poznałam osobiście szefa radia internetowego "senfkorn" Marka Walczaka. Przyjechał na umówione spotkanie do Barcelony. Marek wcześniej zabiegał o to, abym propagowała to jedyne w swym rodzaju radio na kontynencie amerykanskim. Wystawiona cenzurka dla radia przez doktora Kollara z "Samego Życia" przekonała mnie od razu do niesienia pomocy radiu. Jest to dopiero początek, a struktury tej przyszłej medialnej instytucji są widoczne i codziennie szuka się czegoś nowego, by krąg odbiorców powiekszał się. Prowadzona statystyka zaglądających do radia potwierdza, że to co się tworzy jest dobre, bo przeciętny czas odwiedzin tych stron przez polskiego intelektualistę wynosi 50 minut. Nawet niektóre fora dyskusyjne nie mogą się tym poszczycić.

Miejsce spotkania było już wybrane wcześniej. Jeden z ekskluzywnych barcelonskich lokali miał dać nastrój i oprawę naszemu spotkaniu. Tu miała być zresztą podjęta decyzja, czy bedę przyjęta.
Gdy nas prowadzono do stolika poczułam żar w okolicy serca, który był tak miły i promieniował po całym ciele. Po chwili dotarło do mnie, że ktoś gra Chopina, podobnie jak kiedyś przed laty w kawiarni "Kryształowej" przy ulicy Warszawskiej w Katowicach… Piękne były te czasy w dawnej Ojczyźnie.

Gdy przeglądaliśmy kartę win, podszedł do naszego stolika kelner i czystą polszczyzną zagaił: "A pan, panie Mareczku jak zawsze to samo. Pije pan "Jasia Wędrowniczka", przepija "Żytkiem", a przekąsa polskim "Tatarem" na świeżym dużym polskim jajku". Zrobiło mi sie błogo, gdy to usłyszałam. Któż tak doskonale zna przywyki mego przyszłego szefa? Patrzę na Marka i widzę, jak jego twarz nabiera rumieńców radości i to jeszcze jakiej. "Jasiu, daj popatrzeć na siebie" – nie odwracając się wiedział doskonale Marek, do kogo mówi. "23 lata minęły i jeden dzień. Witaj stary druhu drużynowy…"

Spotkanie po latach dwóch przyjaciół, którzy stracili się z oczu wcześniej, niż zamierzali i to z rożnych przyczyn. Jasiu (imię zmienione) jest magistrem inżynierem po ukończonych studiach na Politechnice Śląskiej, jest pianistą, gra również utwory Chopina. Mieszka gdzieś w Europie i Hiszpanię odwiedza regularnie. Grą na fortepianie i kelnerowaniem dorabia. Dziś przed rozpoczęciem pracy widział nasze nazwiska na liście gości, domyślał się i nie mógł się nas doczekać. A gdy już byliśmy, rozbrzmiewały dźwięki walca Chopina. Zazwyczaj kolega Marka tworzy muzyczną oprawę całego wieczoru. Doszedł do stołu jako kelner, aby nas osobiście przywitać. W międzyczasie przenieśliśmy się w pobliże jego instrumentu i obsłużono nas z gracją należną tylko jego przyjaciołom. Jasiu jest tu autorytetem i instytucją… Starzy mistrzowie jak Strawinski, Chopin, a także współczesni kompozytorzy są znani gościom tego lokalu dzięki muzycznej działalnosci polskiego artysty i inżyniera, którego wynagrodzenie za dzieło przynosi utrzymanie na następne "niesezonowe" miesiące całej jego rodzinie, też mieszkającej gdzieś w Europie.

Dziś wieczór był po polsku, mimo iż publiczność w większości stanowili Hiszpanie. Nikomu to nie przeszkadzało i ani nikt nie zauważył, że strofa muzyczna piosenki "W Polskę idziemy drodzy panowie" mieszała się podczas improwizacji z polonezem "Pożegnanie Ojczyzny". Prawdziwemu artyście wszystko ujdzie, bo po to są artyści, a szczególnie, gdy to potrafią. Tak mnie ten wieczór rozczulił, że właściwie byłam dumna z mego polskiego pochodzenia, które zawiera w sobie dodatkowo wiele takich cech i wartości, co inne nacje nie posiadają i które wraz z mlekiem mamy rodzicielki zostały nam przekazane.

Gdy ostatni goście opuszczali salę, szczerze żegnając się z nami, postanowiliśmy odwiedzić plażę barcelońską, a właściwie przywitać się nocą z morzem. Po dwudziestu minutach jazdy taksówką spacerowaliśmy już boso po piasku, w strojach wieczorowych, z butami przewieszonymi przez ramię, które uprzednio związaliśmy sznurowadłem. Czuło się ciepły powiew wiatru od morza i zupełną ciszę. Tylko gdzieś w oddali na redzie od czasu do czasu zawyła syrena na statku przypominając o swej obecności. Noc była gwieździsta. Leciutkie uderzenie fali o piaszczysty brzeg zapraszało do zadumy, dlaczego najczęściej przepiękne spotkania interesujących ludzi mają miejsce poza granicami kraju?…

Nie było dodatkowej butelki wina tej nocy, chociaż tym razem napewno nie byłabym przeciwna, bo to była wyjątkowa noc i wyjątkowe wspomnienia. Moje życie wzbogaciło się o coś nowego. Nie wiedziałam,

  • że od czasów zmierzchłych, od czasów dziczy, światu przewodzą energetycy (obaj panowie są inżynierami energetykami),
  • że towarzysz Lenin też miał konika, a tym konikiem była energetyka,
  • że alkoholizm nie jest chorobą społeczną, tylko chorobą wewnetrzną, bo "się wlewa" do wnętrza, a nie wylewa na społeczeństwo,
  • że o umarłych nie można mowić żle, a raczej należy wznieść toast za ich zdrowie, bo oni żyją w naszych sercach i należy o nich pamiętać przy każdej okazji,
  • że nie ma chłopaka nad Marka Walczaka,
  • że, że … itp. Wyliczyłam przeszło 20 tych przymiotów, o których, muszę przyznać ze zdziwieniem, nie miałam większego pojęcia.

No cóż, podróże uczą… Kiedy chłopcy odprowadzili mnie do towarzyszącej nam od dwóch godzin taksówki, jeden z nich powiedział: "Haniu, wypoczywaj dobrze w domu, a my zabieramy się do roboty".

Pomyślałam, że chcą się mnie pozbyć, bo nie można wszystkiego wspominać, gdy ktoś trzeci ciągle temu przysłuchuje się. A może chcą jeszcze zaliczyć "małego strzemiennego" po tylu straconych latach, a moja obecność wiązałaby tylko na nowo już nieco rozluźnioną przyjacielską szczerość.

"Dla Ciebie kochana nasza Hanulko zrobimy wszystko. Pomalujemy na nowo niebo nad Barceloną, żeby było ładne. Wybierzemy kolor niebieski i zrobimy parę małych białych szlaczków, czyli parę chmurek, ale tylko takie malutkie i nie za dużo. A słoneczko na niebie narysujemy dwa razy większe, żeby Cię dobrze ogrzewało i żeby Ci zawsze do nas drogę wskazywało".

Przepiękny to dla kobiety komplement, gdy go wypowiadają dżentelmeni, którzy nie wstydzą się swojej fantazji i przyrzekają, że słowa dotrzymają. Po kilkugodzinnym śnie patrzyłam z hotelowego balkonu na niebo i podziwiałam "mistrzowską robotę" Jasia i Marka. Niebo było naprawdę niebieskie, tu i ówdzie jakiś mały "szlaczek" przypominający chmurkę, a słońce … aż trzy razy większe niż w normalne słoneczne dni. Na moich kolegach mogę polegać… Słowa dotrzymali.

No i tak zostałam…

Ania Droberg, Nowy Jork, wrzesień 2000

Pogaduszki.NET, z siedzibą w Niemczech, są prywatnym i niekomercyjnym projektem internetowym. Wszelkie prawa zastrzeżone!

Pogaduszki dla tych co znają niemiecki: MyOfferta.de